Wyobraź sobie, że twoje dane medyczne to kartoteka w gabinecie, która nagle zaczyna krążyć po sieci, a ty dowiadujesz się o tym dopiero wtedy, gdy ktoś domaga się odszkodowania.
Wyciek danych z systemów MyDr, dostawcy Elektronicznej Dokumentacji Medycznej dla placówek medycznych, może dotyczyć blisko 19 mln Polaków. Pacjenci nie wiedzą, co konkretne mogło zostać wykradzione czy upublicznione. Takiej wiedzy nie mają też poradnie i gabinety. Bombardowanie lekarzy i klinik e-mailami prowadzi do chaosu, a prawniczki mówią o rosnących roszczeniach.
To nie jest tylko problem techniczny. To intensywny proces, w którym dane osobowe spotykają się z decyzjami, jak traktować ryzyko i odpowiedzialność. Gdy w grze pojawia się tak duża liczba osób, logiczna odpowiedź przestaje wystarczać. Trzeba konkretnych liczb, przejrzystych procedur i jasnych komunikatów, które nie znikają w gąszczu maili i zawiłych komunikatów.
MyDr to system, którego zadaniem jest gromadzenie i udostępnianie Elektronicznej Dokumentacji Medycznej. Gdy mówimy o 19 milionach, mówimy o praktycznie całej populacji dorosłych, co stawia problem ochrony danych na czoło dyskusji publicznej. W praktyce oznacza to, że wiele placówek nadal nie wie, co dokładnie znalazło się w zamian; to również hamuje błyskawiczną odpowiedź.



