Gdyby nowe przepisy faktycznie karały za pseudomedycynę, ilu pacjentów uratowałaby ta zmiana już dziś? To pytanie prowadzi nas przez gąszcz interpretacji, bo sama idea ochrony pacjentów jest piękna w założeniu. Jednak w praktyce to, co brzmi prosto w sejmowych zapiskach, potrafi się zwinąć w labyrinth, w którym sędziowie i prokuratorzy muszą rozgryzać intencje twórców prawa, a lekarze i pacjenci dopasowywać działania do nowych reguł. Pytanie nie brzmi, czy kara ma straszyć; pytanie jest, czy zasady będą wystarczająco precyzyjne i czy realnie da się je zastosować w codziennych sytuacjach.
Właśnie o tej praktyczności pisze do nas rynek zdrowia i inni obserwatorzy life science. Z zakończonych konsultacji wynika, że zasadnicze pytania dotyczą nie wysokości kar, lecz tego, czy nowe przepisy będą wystarczająco precyzyjne i możliwe do skutecznego stosowania. Gdy mówimy o pseudomedycynie, mamy na myśli zestaw działań od fałszywych terapii po manipulacje informacją. To nie jest kwestią jednego złamanych przepisów, lecz systemu, w którym pacjent ma jasny obraz ryzyka i ma możliwość realnego wyboru leczenia.
Wyobraź sobie sytuację, w której pacjent trafia na rzekomo leczące kuracje, a towarzyszy temu nacisk psychiczny, by odstąpić od konwencjonalnej terapii. W takich przypadkach ryzyko śmiertelne staje się bezpośrednim wynikiem decyzji opartych na dezinformacji. Nowe prawo, jeśli ma działać, musi nie tylko karać, lecz także precyzyjnie definiować, co się liczy jako pseudomedycyna i jakie intencje muszą towarzyszyć danemu działaniu. Lekarz jest odpowiedzialny nie tylko za to, co zrobi w praktyce, lecz także za to, jak tłumaczy pacjentowi rzetelność metod i dowodów.



