Koniec z bezpłatnymi stażami to nie tylko polityka, to test zaufania. Wyobraź sobie, że zaczynasz swoją drogę w medycynie od pierwszego dnia pracy, a twoje wynagrodzenie nie pojawia się w jednostce budżetowej. Takie wrażenie towarzyszy propozycji likwidacji bezpłatnych staży, która ma na celu ochronę stażystów. Celem jest jasne, że praca młodych ludzi w placówkach zdrowia wymaga szacunku i godnej zapłaty. Jednak mechanizm, który ma to zapewnić, budzi pytania. Czy odebranie możliwości darmowego stażu przekłada się na realną ochronę pracowników, czy raczej wywoła nowy zestaw problemów? Zanim odpowiemy, warto zajrzeć w głąb propozycji, które pojawiły się na stole, i zobaczyć, jak ich implementacja miałaby wyglądać w praktyce.
Wyobraź sobie, że gdzieś w gąszczu przepisów pojawia się zdanie, które chce uporządkować pewne relacje między stażystami a placówkami. Zgodnie z planem, bezpłatne staże mają być zniesione, a młodzi ludzie mają liczyć na wynagrodzenie za pracę wykonywaną na rzecz leczenia. To z pozoru proste rozwiązanie. W praktyce jednak każdy urzędnik, każdy szef placówki i każdy stażysta widzi to po swojemu. Rozmowy w ministerstwach są porywane, bo każda strona widzi inne ryzyko i inną wartość ilustracji, które mają obrazować zmiany w kodeksach pracy i w finansach szpitali. A to dopiero początek.
Zanim przejdziemy dalej, zatrzymajmy się na chwilę przy sednie. Likwidacja darmowych staży to nic innego jak sygnał, że państwo chce mieć większą kontrolę nad tym, ile młodych ludzi pracuje bez wynagrodzenia w sektorze ochrony zdrowia. Z perspektywy stażystów chodzi o wymuszenie formalnego uznania ich pracy. Z perspektywy placówek chodzi o clarisfikation of costs and restructuring. Z perspektywy państwa to synergia regulacyjna, która ma usunąć praktyki, w których młodzi ludzie uczą się na czyjejś odpłatności, a nie na własnym doświadczeniu. W praktyce jednak pojawia się pytanie, czy nie spowoduje to nowych kosztów, zwłoki i chaosu prawnego.