Wyciek danych 19 mln Polaków z platformy MyDr nie jest banałem: to egzamin dla całego systemu ochrony danych w państwie. W praktyce to sprawdzian, czy państwowe systemy informatyczne potrafią wytrzymać napór informacji w erze, gdy cyfrowa tożsamość pacjenta przestaje być luksusem i staje się koniecznością.
W komunikacie ministra zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy pada stwierdzenie, że System P1 i państwowe systemy informatyczne nie są zagrożone w wyniku cyberataku na platformę MyDr. Sprawę koordynuje Ministerstwo Cyfryzacji z udziałem Centrum e-Zdrowia. Te trzy instytucje stoją na krawędzi, z których każda ma inne zadanie: Ministerstwo zdrowia stoi na straży pacjentów, Ministerstwo Cyfryzacji dba o infrastrukturę, a Centrum e-Zdrowia odpowiada za realizację programów cyfryzacji w ochronie zdrowia. Jednak, gdy jeden portal publiczny wyłuskuje aż 19 milionów kont, pytanie, czy to jedynie incydent, czy część długiej historii o bezpieczeństwie danych, staje się pytaniem o to, co tak naprawdę chroni państwo w sieci.
Sprawa nie ogranicza się do jednego ekranu z ostrzeżeniem o wycieku. To kwestia ludzi i procedur. Incydent wywołał serię działań, które mają na celu zredukowanie ryzyka i przywrócenie zaufania. Pojawia się jednak pytanie, czy my, obywatele, musimy teraz patrzeć na nasze dane jak na wrażliwe czekanie na potwierdzenie, że instytucje są w stanie ochronić to, co najcenniejsze: naszą tożsamość i prywatność.
W tej rozmowie chodzi o to, co dzieje się za kulisami: o analizę luk, o procesy weryfikacyjne i o to, jak państwo planuje zrezygnować z łatwej odpowiedzi w stylu to jest bezpieczne, a w zamian postawić na konkretną, mierzalną ochronę. W praktyce to oznacza audit systemów, testy penetracyjne, a także jasno zdefiniowane komunikaty dla obywateli. Zanim przejdziemy do tego, co dalej, trzeba wyjaśnić, co zostało zrobione do tej pory. Wprowadzenie zmian w tak wrażliwych obszarach wymaga nie tylko deklaracji, lecz także twardych liczb i procesów, które można zweryfikować w każdej chwili.



