Leczenie gruźlicy opornej nie wygrywa łatwo. Wykracza poza prostą kurację i wymaga innego podejścia – tak uważa Ministerstwo Zdrowia. Pierwszy sygnał słychać z pilotażu, który pokazał, że sześciomiesięczny model terapii prowadzony w domu, a nie w szpitalu, może przynieść rezultaty podobne lub lepsze od tradycyjnego schematu. To nie jest bajka o cudownym lekarstwie. To wynik prac zespołu specjalistów, którzy od lat mierzą się z gruźlicą oporną na leczenie i jej wpływem na pacjentów oraz system ochrony zdrowia.
Gruźlica wielolekooporna to postać choroby, która nie reaguje na standardowe leki przeciwgruźnicze. Dlatego wyjątkowo istotne jest zastosowanie odpowiedniej kombinacji leków i monitorowanie stanu pacjenta. W praktyce oznacza to, że leczenie, które dawniej trwało osiemnaście miesięcy i wymagało częstych pobytów w placówce medycznej, może zostać skrócone do sześciu miesięcy i prowadzone w warunkach domowych. Takie założenie stało się motorem pilotażu prowadzonego w kilku ośrodkach w Polsce w okresie, gdy obawy o wzrost zachorowań wynikających z ruchów migracyjnych były szczególnie silne.
W praktyce pilotaż pokazał, że leczenie w domu z wykorzystaniem telemedycyny i regularnych kontroli jest możliwe i bezpieczne dla wielu pacjentów. Ośrodki medyczne zapewniły pacjentom dostęp do wsparcia zdalnego, a częste kontaktu z lekarzem prowadzącym, pielęgniarką oraz farmaceutą stały się standardem. Według danych ministerstwa, w grupie pacjentów objętych pilotażem nie odnotowano poważnych powikłań wynikających z przeniesienia terapii do domu, a odsetek zakończonych terapii w zalecanym czasie był wysoki. Dla pacjentów oznacza to możliwość kontynuowania pracy zawodowej lub nauki, a dla systemu – odciążenie szpitali i skrócenie czasu oczekiwania na miejsce w placówce.



