Mam w Polsce 600 specjalistów radioterapii i rocznie lecą oni ponad 100 tys. pacjentów. To nie okrągła liczba, to tempo, przy którym każdy rok przynosi nowe wyzwania i pytania. Ta statystyka nie jest defektów nadzoru ani pustym sloganem. To obraz, który słychać, kiedy usiądziesz naprzeciw lekarza, pacjenta i menedżera szpitala. Radioterapia to nie jednorazowy zabieg; to proces, który wymaga skomplikowanych decyzji, nowoczesnego sprzętu i stałej gotowości zespołu.
Rozmowę z dr hab. Piotrem Wojcieszkiem, kierownikiem Zakładu Brachyterapii w Narodowym Instytucie Onkologii w Gliwicach, przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Brachyterapii i pierwszym od 2005 r. Polakiem w Zarządzie Europejskiego Towarzystwa Radioterapii Onkologicznej ESTRO, mogłem usłyszeć wprost: polska radioterapia nie zagraża pacjentom w najbliższą dekadę, ale wymaga wyraźnego planu kadrowego, inwestycji w szkolenia i lepszych programów zachęt dla młodych lekarzy.
W rozmowie padają konkretne liczby, ale też pytania o sens podejmowanych decyzji. Bo 600 specjalistów to jedynie fundament systemu, który leczy rocznie tysiące przypadków nowotworów. Jest on jednak stabilny i jednocześnie kruchy, bo każdy kolejny oddech kadrowy zależy od możliwości kształcenia, rekrutacji, utrzymania i przekazywania wiedzy kolejnym rocznikom.
Czy to rzeczywiście problem braku kadr w radioterapii w Polsce?
Wyobraź sobie, że masz do dyspozycji 600 specjalistów, których praca decyduje o losie tysięcy pacjentów. To nie jest jedynie statystyka. To codzienność klinik, gdzie decyzje zapadają w oparciu o skomplikowane plany napromieniania, brachyterapię, nowoczesne techniki obrazowania i bezpośrednią współpracę całego zespołu. Problem widoczny jest w dwóch wymiarach. Po pierwsze, tempo z którym rośnie populacja pacjentów wymagających radioterapii nie jest zrównane z tempem szkolenia nowych specjalistów. Po drugie, sama specjalistyczna wiedza wymaga kontynuowania nauki i praktyki w najnowszych technikach, a to kosztuje czas i pieniądze.
– Obecnie mamy represyjny układ, w którym praktyka i nauka przepychają się pomiędzy sobą, a realne możliwości kształcenia nie nadążają za potrzebami. – mówi dr hab. Piotr Wojcieszek. – Radioterapia to dziedzina, która nie znosi przerwy; każde wakacje w szkoleniu to rok straconych możliwości leczenia pacjentów.
Kogo tak naprawdę potrzebujemy, by radioterapia działała lepiej?
W praktyce potrzebny jest zespół ludzi, który potrafi przełożyć wiedzę na konkretne wyniki leczenia. Nie chodzi tylko o brachyterapeutów czy radioterapeutów, lecz także o techników, fizyków medycznych, pielęgniarki onkologiczne i specjalistów ds. zarządzania terapią. Dr Wojcieszek podkreśla, że kluczowa jest możliwość szybkiego przekazywania know-how i utrzymanie wysokiego poziomu edukacji we wszystkich centrach. To oznacza nie jednorazowy kurs, ale zintegrowany proces mentoringu, który utrzymuje wysoki standard pracy i minimalizuje błędy w terapii.
W tym obrazku ważny jest także wymiar międzynarodowy. Polski specjalista w ESTRO od 2005 roku, który reprezentuje kraj w Kołach Radioterapii Europejskiej, to dowód, że polska radioterapia ma miejsce na kontynencie. Ale obecność w europejskim gronie to także presja: standardy wymagają ciągłej aktualizacji, a włącznie z tym pojawiają się nowe techniki i procedury, które trzeba wdrożyć w praktyce.
Co pacjent odczuje, gdy kadra nie nadąża za potrzebami?
Pacjenci obserwują efekt w codziennych doświadczeniach: krótsze terminy diagnostyki, dłuższy czas oczekiwania na konsultacje, potencjalne opóźnienia w dostępie do nowoczesnych metod napromieniania. 600 specjalistów to liczba z jednej strony wystarczająca, aby prowadzić terapie w wielu klinikach, z drugiej strony wymagania rosną wraz z demografią i złożonością przypadków. Wyobraź sobie pacjenta, który spędza tygodnie na oczekiwaniu na plan terapii. W praktyce takie opóźnienia mogą wpływać na skuteczność leczenia i komfort pacjenta. Kiedy mówimy o brachyterapii, magnie to także o lepszym dopasowaniu do nowotworów, które wymagają precyzyjnego napromieniania, co bywa możliwe jedynie przy doświadczonych zespołach.
Co trzeba zrobić już teraz, by sytuację odwrócić?
Odpowiedź nie jest jednorazowa i wymaga spójnego planu. Po pierwsze, potrzebujemy programów edukacyjnych, które łączą klinikę z uczelnią i umożliwiają szybkie przekierowywanie studentów w stronę radioterapii. Po drugie, inwestycje w infrastrukturę i sprzęt mają sens tylko wtedy, gdy towarzyszy im stabilne finansowanie szkoleń i wynagrodzeń. Po trzecie, otwartość na międzynarodową wymianę młodych specjalistów i doświadczeń z ESTRO może skrócić czas od idei do praktyki. Wreszcie, trzeba budować etos pracy w centrum, które zachęca do rozwijania kompetencji, a nie do bycia jedynie „kolejką” do wykonania zadań.
W praktyce to znaczy zestaw wyzwań i rozwiązań: od przeglądu programów kształcenia w średniej i wyższej szkole medycznej, poprzez stworzenie rynków pracy w sektorze publicznym i prywatnym, aż po zachęty dla młodych lekarzy do specjalizacji w radioterapii. I tu pojawia się rola instytucji, które leżą na styku polityki, nauki i kliniki – takie jak Narodowy Instytut Onkologii w Gliwicach, gdzie Zakład Brachyterapii prowadzi pionierskie działania.



