To nie thriller, to realny incydent: dane prawie dwudziestu milionów osób znalazły się pod ostrzałem systemów firmy MyDr. Wiceszaleństwa cyfryzacji, które miały usprawnić opiekę, potrafią rozsadzać prywatność szybciej niż most w upalny dzień. Dowodem na to, że cyfrowa opieka zdrowotna ma swoje ciemne korytarze, jest właśnie ten incydent. Zespół firmy wydał oświadczenie, w którym szef, Piotr Miluski, nie owija w bawełnę: Przepraszam każdego pacjenta i każdego naszego użytkownika. Zespół MyDr kończy analizę tego, jakie dane objął incydent. Dane dotyczą ok. 19 mln osób i 12 tys. placówek medycznych korzystających z oprogramowania firmy.
Na pierwszy rzut oka brzmi to abstrakcyjnie, ale to konkretna codzienność: każdy plik, każda lista pacjentów, każdy terminarz badań, każda notatka lekarza. W niezbyt odległej przyszłości, gdy ktoś mówi o digitalizacji służby zdrowia, mamy właśnie ten przykład. Po stronie firmy leży teraz zweryfikowanie, co zostało skradzione, co utracono w wyniku naruszenia i jakie konsekwencje dla pacjentów mogą z tego wynikać. To, co zaczyna się od jednego widoku na ekranie, często rozciąga się na lata, bo dane medyczne to nie tylko liczby. To także kontekst, historie, a w końcu tożsamość i zaufanie, na którym opiera się cała opieka.
Wystarczył jeden atak, by przetestować odporność całego ekosystemu MyDr.Incydent to również sygnał dla całej branży e-zdrowia: wrażliwe dane nie są już tylko problemem jednego serwera, lecz wyzwaniem dla całych sieci partnerów, placówek i systemów interoperacyjnych. Można powiedzieć, że to lekcja bez podręcznika – każdy krok naprzód trzeba rozliczać w praktyce, a ryzyko jest obecne na każdym etapie udostępniania danych pacjentów.



