Prezydent nie podpisał Lex Szarlatan. Decyzja, która na pierwszy rzut oka wygląda jak formalność, w praktyce otwiera kolejny rozdział w debacie o regulacjach medycznych i jakości usług zdrowotnych. Inwestorzy w pseudomedycynę odczytują to jako zielone światło do rozszerzania działalności. Ryzyko prawne prowadzenia takiego biznesu w Polsce jest pomijalne, ocenia prof. Szuster-Ciesielska. Państwo, mimo posiadania gotowego narzędzia, wybiera bierność, co według ekspertki ma konsekwencje dla całego rynku.
To nie jest jedynie akademickie spostrzeżenie. W ostatnich latach obserwujemy rosnącą liczbę gabinetów oferujących terapie, które nie zawsze spełniają kryteria naukowej weryfikacji. Lex Szarlatan miała tworzyć ramy, które ograniczałyby takie praktyki, ale decyzja prezydenta pozostawia luki w ochronie klienta i w zaufaniu do medycyny konwencjonalnej. Wyobraź sobie, że na ulicy stoi stragan z cudownymi legendami medycyny, a jego właściciele reklamują produkty bez badań klinicznych. Społeczeństwo kupuje, bo reklama brzmi przekonująco. A system ochrony zdrowia stoi z boku i liczy na to, że rynek sam rozwiąże problem. To właśnie może prowadzić do scenariusza z kilkoma niepożądanymi skutkami dla pacjentów.
Co oznacza decyzja dla inwestorów i praktyków?
Inwestorzy patrzą na decyzję jako sygnał, że państwo nie wyciąga ostrych konsekwencji wobec pseudomedycznych praktyk. To jak światło na skrzyżowaniu bez semafora: ruch może przyspieszyć, a ryzyko błędów rośnie. W praktyce oznacza to łatwiejszy start dla nowych gabinetów oferujących terapie bez solidnych badań. Eksperci podkreślają jednak, że to także odpowiedzialność pacjentów, którzy muszą samodzielnie weryfikować informacje i skorzystać z wiarygodnych źródeł. Wyobraź sobie sytuację, w której reklama obiecuje cudowną ulgę, a za rogiem czeka odpowiedzialność za zdrowie klienta – to jest rynkowy test bez ochronnych reguł z urzędu.
Państwo, mimo posiadania gotowego narzędzia, wybiera bierność, mówi profesor Szuster-Ciesielska o możliwych konsekwencjach zablokowania ustawy.
W praktyce to sygnał dla rynku, że formalne ramy mogą pozostawać puste, a to z kolei zachęca do testowania granic i obserwowania, gdzie kończy się obietnica, a zaczyna odpowiedzialność. Oznacza to także większe zainteresowanie marketingiem i bardziej agresywną reklamą, która potrafi przyciągać osoby szukające szybkiego rozwiązania bez diagnozy i bez potwierdzeń naukowych. W takiej rzeczywistości łatwo się pomylić, a skutki bywają kosztowne dla zdrowia.
Dlaczego eksperci nie zawsze zgadzają się z decyzją polityków?
W tej dyskusji pojawia się inny zestaw pytań. Czy państwo nie wprowadza czasem ograniczeń, które hamują innowacje w medycynie? Czy z kolei wolny rynek nie jest w stanie sam wyłonić najlepszych praktyk, jeśli rzetelne badania nie będą finansowane przez państwo? Profesor Szuster-Ciesielska zwraca uwagę, że praca ostatnich lat nie przyniosła oczekiwanego efektu i że bez pewnych ustrojowych zmian system pozostaje narażony na presję krótkoterminowych korzyści. Analogia? To jak otwarcie sklepu z lekami bez nadzoru – wszystko jest w zasięgu, ale kto ponosi odpowiedzialność za skutki dla klientów? W tej części tekstu pojawia się także pytanie o to, co w praktyce oznacza „narzędzie gotowe do użycia” i jak skutecznie byłoby je zastosować w codziennej pracy lekarzy i pacjentów.
Co dalej? Jakie są perspektywy dla systemu zdrowia i ochrony pacjentów?
Przyszłość wciąż jest niepewna, ale pewne kierunki wydają się jasne. Po pierwsze, dialog między rynkiem a regulacjami musi być realistyczny: jeśli nie ma jasnych reguł, to reguły tworzy rynek w sposób, który bywa krótko widziany i łatwo go odrzucić. Po drugie, system ochrony zdrowia potrzebuje mechanizmów, które rzeczywiście weryfikują skuteczność i bezpieczeństwo terapii, zamiast opierać się na reklamach i obietnicach. Można wprowadzić okresowe oceny praktyk, audyty materiałów marketingowych i transparentne źródła informacji dla pacjentów. Po trzecie, edukacja społeczeństwa to fundament. Wyobraź sobie scenariusz, w którym każdy pacjent wie, gdzie szukać rzetelnych danych – to nie jest przywilej, to konieczność, gdy na rynku pojawia się tyle różnych rozwiązań. W praktyce oznacza to partnerstwo instytucji publicznych z organizacjami pacjentów, naukowcami i środowiskiem medycznym, które wspólnie pracują nad wiarygodnymi kryteriami jakości terapii oraz mechanizmami odwoławczymi w przypadku nadużyć. Wreszcie, firmy i gabinety muszą rozważyć, czy ich działania nie podważają zaufania do medycyny, której rzetelność bywa jedynym orężem pacjentów w walce o zdrowie. Analogia dojazdu do lekarza – jeśli droga jest wyboista, ludzie wolą iść inną trasą, nawet jeśli skraca się ich droga do zdrowia. Tutaj chodzi o zaufanie, które buduje długoterminowe relacje, a nie jednorazową sprzedaż produktu.



